sobota, 1 listopada 2025

Turcja - commited to "Qualty"


Poniedziałek

W poniedziałek mieliśmy wylot po 19.00 z Katowic, więc wyszliśmy wcześniej z pracy, żeby nie dać się złapać przez korki na A4. Po drodze zaliczyliśmy jeszcze kolejkę górską o nazwie A1. Kto jechał ten wie o czym mówię 🙂.

Lotnisko w Pyrzowicach rozbudowało się odkąd byłem tu ostatnio, ale niewiele się zmieniło. Wciąż jest chyba najbrzydszym lotniskiem na jakim kiedykolwiek byłem, a latałem w Azji. Byliśmy trochę zbyt wcześnie, ale to niewiele zmieniło. Jakąś godzinę przed otwarciem stoiska do zdania bagażu stała tam już ogromna kolejka. Siedliśmy zatem na ławeczce obok, czekając aż wszyscy oddadzą swój bagaż. Miało to taką dodatkową zaletę, że nasze walizki były jednymi z pierwszych na taśmie w Turcji. Czekając na otwarcie bramki, Paula znalazła w WC czyjś telefon i go odebrała sądząc, że właściciel próbuje w ten sposób zlokalizować swoją własność. Okazało się, że to siostra właścicielki dzwoniła, żeby sobie pogadać. Paula nie była interlokutorem, na którego tamta liczyła. Na szczęście właścicielka szybko się znalazła i mogliśmy oddać jej zgubę. Klasycznie w Katowicach za bramką spędzono nas do “kojca”, z którego na raty wypuszczano nas do autobusu. 

Po wylądowaniu w środku nocy w Antalyi na lotnisku przywitały nas oczywiście koty. Do hotelu dotarliśmy około 4 w nocy, bo kierowca musiał klasycznie zatrzymać się przy jakimś straganie do naciągania turystów. Twierdził, że przy takiej trasie (1,5h) musi mieć 15 minut przerwy. Tylko czemu po pierwszych 20 minutach jazdy?


Wtorek

Oczywiście nie wyspaliśmy się i wstaliśmy ok. 9.00 na śniadanie. Jedzenie w hotelu Avena Resort było ogólnie niezłe. Niepyszne jak w Sentido Bellazure 2 lata temu, ale zawsze było coś dobrego do zjedzenia. 

Ogólnie hotel to takie 6/10. Czysty, schludny, nierozlatujący się, ale nie pozbawiony wad. Internet płatny 25 EUR za tydzień, sejf - 2 EUR na dzień. Dość mały basen wciśnięty między inne bloki w okolicy, plaża kilkaset metrów od hotelu, a pokój, jaki nam się trafił to pokój czteroosobowy, ale przestrzeń “dzieci” jest jakby w przedsionku. Zwróciliśmy uwagę jeszcze na ciekawy pomysł z umieszczeniem w lobby półki na książki, które można sobie wypożyczyć, lub zostawić swoją przeczytaną w trakcie wakacji.

Przejdźmy jednak do relacji. Wtorek to miał być dzień chilloutu, ale postanowiliśmy zrobić chociaż krótki rekonesans po okolicy. Zawitaliśmy też na hotelową plażę, niestety dość brudną, a przy zejściu do morza kamienistą. Nie były to jednak otoczaki, ale wielkie, śliskie głazy, które przy połączeniu z ruchem fal powodowały, że wywracałem się regularnie próbując wrócić na leżak. To była nasza ostatnia wizyta na tej plaży. Trzeba przyznać, że majorkańska Can Pastilla nas rozpieściła.

Tego dnia zarezerwowaliśmy sobie też 3 wycieczki fakultatywne. Ileż można siedzieć na basenie w trakcie urlopu? Na pewno kilka godzin, bo tyle spędziliśmy tam tego dnia. Kiedy słońce zaczęło się chylić ku zachodowi spróbowaliśmy szczęścia z rezerwacją Hammamu. Udało nam się załapać na “pakiet Kleopatra” jeszcze tego samego dnia. Czym jest taki pakiet? Po kolei podróż wygląda następująco: sauna sucha, sauna mokra, łaźnia turecka z szorowaniem pianą, 45 minut tajskiego masażu, maseczka na twarz i relaks z szampanem w strefie cichej. Zapłaciliśmy za to 600 PLN za 2 osoby. Warto było, polecam. Oprócz tego wyrwaliśmy w promocji kupon na 2x2 masaże tajskie na 60 minut za podobną cenę.

Pomimo niewyspania, zrelaksowani masażem na wieczór poszliśmy znów na spacer po okolicy. Paula uzbrojona w karmę dla kotów uszczęśliwiła kolejne stadko. Koty są tutaj wszędzie.








Środa

Na środę przypadała pierwsza z wycieczek fakultatywnych. “Zwiedzanie” Alanyi z przewodnikiem. Napisałem w cudzysłowie, bo w sumie niewiele nam pokazano. Zaczęliśmy od odwiedzenia słynnej plaży Kleopatry, a właściwie zerknięcia na nią w trakcie, jak kupowano nam bilety do pobliskiej jaskini. Następnie przeszliśmy właśnie do rzeczonej jaskini, która rzekomo ściąga tam turystów. Myślę, że nawet bez odwiedzania jaskiń na Majorce można się poczuć zawiedzionym. Spędziliśmy tam w sumie może 5 minut i wyszliśmy. Jaskinia jest malutka, a porównując do Coves d’Arta po których spacerowaliśmy z przewodnikiem przez 45 minut za niewiele więcej pieniędzy wypada blado.

Zaraz przy jaskini jest też stacja kolejki wagonikowej, która wciąga turystów (w tym nas) na wzgórze Kale na którym niegdyś znajdował się Zamek Alanya (Alanya Kalesi). Nie mieliśmy tam dużo czasu, bo zaledwie półtorej godziny. Z najciekawszych rzeczy na wzgórzu udało nam się odwiedzić podziemną cysternę i malutki targ. Poza tym największą wartością były zdecydowanie widoki na zatokę i miasto.

Kolejnym punktem wycieczki (jak to w Turcji) musiała być wizyta u jubilera. Ten również handlował zegarkami i biorąc pod uwagę ceny i fakt, że miał nawet tanie Tissoty, zakładam, że te nie były podróbkami. Nie było tam zupełnie nic ciekawego i po 5 minutach wyszliśmy na zewnątrz.

Po “zakupach” pojechaliśmy w stronę gór Taurus, żeby pozować przy ogromnym znaku I Love Alanya. Kilka fotek i pojechaliśmy na obiad do “restauracji” jakieś 30 minut od Alanyi. Był to bufet, który można było zjeść siedząc “po turecku” na platformach pod którymi płynął górski strumień. Jedzenie było w cenie, ale za 2 kawy po turecku, 2 herbaty i 2 ciastka zapłaciliśmy 25 EUR. Pewien dżentelmen próbował nas również naciągnąć na zdjęcia z papugą, jakie nam wcześniej zrobił. Koszt? 10 EUR za zdjęcie + 5 EUR za wysyłkę na mejla. Daje to w sumie 60 EUR za 4 zdjęcia. Nie dziękuję.

Na koniec ruszyliśmy na szoping na starym mieście i spacer w stronę Czerwonej Wieży. Czerwona Wieża (Kızıl Kule) to symbol Alanyi. Została zbudowana w 1226 roku na polecenie sułtana Alaeddina Keykubada I. Ma 33 metry wysokości, ośmiokątną podstawę i została wzniesiona w celu ochrony portu oraz stoczni. Nazwa pochodzi od czerwonej cegły, której użyto do jej budowy. Po drodze uderzyła nas ilość statków turystycznych o koszmarnym, tandetnym wyglądzie. W pobliskich delikatesach Paula kupiła jakieś dziwne herbatki “lecznicze” i wróciliśmy w końcu do hotelu.

W hotelu pojawili się nowi goście. Byli oni o tyle ciekawi, że to rowerzyści-szosowcy. Nasz hotel okazał się być przyjaznym dla rowerzystów. Byli to Rosjanie śmigający na Canyonach Aeroadach, S-worksach i pięknym Cannondale SystemSix Rapha edition (zakochałem się!). Nie wiem czemu tu przyjeżdżają. Nie jest ani wyjątkowo pięknie (Alpy!), ani asfalty nie są równe, a po drodze można łatwo zginąć, bo ruch samochodowy to istna rzeźnia.

Dla relaksu poszliśmy na saunę, ale zdążyliśmy tam spędzić dosłownie 5 minut, bo zaczęli nam obniżać temperaturę na koniec dnia. W sumie to i tak lepiej w porównaniu z doświadczeniami jednego z turystów z innego hotelu. Tam sauna zaczęła się palić, a ponieważ drzwi były uszkodzone, to miał trudność z wydostaniem się. Qualty, Panie.

Ten dzień był dniem z animacjami - Turkish Night. Niestety były one wyjątkowo nieciekawe, więc poszliśmy w zamian za to na spacer. Ten zakończyłem tradycyjnymi lodami tureckimi, a właściwie show jaki wydarza się przy podawaniu lodów. To był błąd. Noc spędziłem zwijając się z bólu żołądka.


















Czwartek

Czwartek to dzień regeneracji układu trawiennego połączony z turystyką apteczną. Przy okazji kupiłem sobie maść z silnym sterydem, która w Polsce jest tylko na receptę. Tego dnia naszła mnie taka myśl: jeśli masz na urlopie kłopot z myśleniem o pracy to postaraj się o zatrucie - zapomnisz o wszystkich innych troskach. Ma to taką wadę, że w nocy co 3 godziny wstajesz, żeby pozbyć się duchów jedzenia w kibelku.

Piątek

W piątek mieliśmy zaplanowaną drugą wycieczkę fakultatywną - safari do kanionu Sapadere. Kanion Sapadere został udostępniony turystom w 2008 roku. Trasa turystyczna ma ok. 700 metrów długości i prowadzi po drewnianych kładkach. Kanion słynie z bardzo zimnej wody w górskim potoku, która nawet latem ma temperaturę około 12°C. 

Kiedy wjechaliśmy w góry Taurus zostaliśmy zaproszeni do stanięcia na swoich fotelach i oparcia się o klatkę naszego kabrio-vana. Nasz przewodnik-kaskader siadł na tej klatce i trzymając się samymi nogami robił nam zdjęcia i kręcił filmy. Po drodze do samego kanionu mieliśmy oczywiście dwa postoje na straganach z “wszystko po 4 Euro”. Paula zaprzyjaźniła się tam z psem, co zobaczył nasz kierowca. Jego reakcja? “Hau, hau kebab!”.

Kanion jest zdecydowanie ciekawy, choć są tam tłumy ludzi i jakiś kretyn puścił przez niego rury. Kilkusetmetrowa wycieczka kończy się małym wodospadem i miejscówką na fotki.

Po godzinnej wizycie w kanionie pojechaliśmy odwiedzić pobliską jaskinię. Zdecydowanie większą od tej w Alanyi - taką na 15 minut spaceru. Oczywiście zwieśniaczoną w środku kolorowymi światełkami. Turcja.

Uspokoiłem swój żołądek czajem i pojechaliśmy na obiad. Znów w to samo miejsce i musieliśmy się kryć przed gościem z papugą. Poznaliśmy przy okazji Pawła, który sporo podróżuje po świecie. Okazało się, że mamy podobne spojrzenie na świat w tym niechęć do pani Aldony, która była z nami na wycieczce. O tyle uzasadnioną, że Pani nie miała problemu z wyrzucaniem śmieci na drogę i nie potrafiła zrozumieć co w tym jest nie tak. “Przecież już tego nie potrzebuję”. Szkoda słów. 

Na koniec musieliśmy znów pojechać na poczęstunek, na którym gościnnością próbowano z nas wydobyć kolejne dolary. Na szczęście długo to nie trwało i wróciliśmy przed 17.00 do hotelu. Po drodze byliśmy jeszcze świadkami wypadku samochód vs skuter. Kierowca chciał szybko zjechać ze skrzyżowania, które zablokował wjeżdżając “na żółtym” i przydzwonił w skuterzystę, który jako pierwszy ruszył ze świateł. Dopiero się młyn zrobił.











Sobota

Zatrucie trwa, a to kolejny dzień z wycieczką. Najciekawszą ze wszystkich. Jechaliśmy do Zielonego Kanionu w górach Taurus. Zielony Kanion to sztuczny zbiornik retencyjny utworzony na rzece Manavgat. Słynie z charakterystycznego, szmaragdowego koloru wody, który zawdzięcza rozpuszczonym w niej związkom mineralnym. To trochę dłuższa wyprawa i startowaliśmy o 7 rano, a właściwie o 7.30, bo nasz kierowca się spóźnił. Po drodze zbieraliśmy jeszcze ludzi z innych hoteli i byliśmy przy okazji świadkami ciekawego zdarzenia. Otóż nasz autokar musiał stanąć obok jednego z hoteli w wąskiej uliczce, blokując przejazd. Nagle za nim nadjechała karetka na sygnale. Kierowca wymanewrował autokarem tak, żeby ją przepuścić. Karetka minęła nas, stanęła przed nami, a z niej wysiadła pani w dresie z reklamówką i poszła do pracy. Szczęka opadła mi do poziomu krawężnika.

Wróćmy jednak do kanionu. Wycieczka to tak naprawdę rejs po sztucznym jeziorze utworzonym przez zaporę. Jezioro powstało dzięki zaporze Oymapınar (Oymapınar Dam). Jest to jedna z najwyższych zapór w Turcji (piąta co do wielkości), ma 185 metrów wysokości. Została ukończona w 1984 roku i służy jako elektrownia wodna. Było tam pięknie, a pogoda pomogła. Paula do tego znalazła nam świetne miejscówki na samym dziobie, skąd mogliśmy robić zdjęcia. Przy okazji byliśmy świadkami zaręczyn jakiejś polskiej pary właśnie na naszym statku. Pod sam koniec rejsu można było wykąpać się w jeziorze. Odpuściliśmy sobie tę wątpliwą przyjemność ze względu na temperaturę wody - 18 stopni.

Po rejsie zawieziono nas do kolejnej “restauracji” z niezbyt smacznym jedzeniem. Ale przynajmniej porcje były małe. Do tego dokupiliśmy sobie po radlerze z granata - 7 USD sztuka.

Puentą naszej wycieczki była wizyta w markecie Dikman Tekstil, gdzie sprzedaje się tzw. genuine fakes. Turcja znana jest z tych podróbek, ale z cenami oszaleli. T-shirt 18-25 EUR? Mieli podróbki koszulek Adidasa, które kupuję taniej w oryginalnym sklepie. Rosjan stać, jak widać.

Podróż do hotelu zajęła nam 2,5 godziny. Nasz autokar w trakcie zdążył się jeszcze zepsuć i musieliśmy czekać 10 minut aż ostygnie. Brzmiało jak hamulce, bo układ pneumatyczny dość często upuszczał nadciśnienie. Nasz kierowca był na tyle miły, że zaproponował, a potem pomimo odmowy przyniósł nam kawę i herbatę. Z pewnością nie jest to łatwa praca, szczególnie że na samochodach powinny znajdować się naklejki “patrz w lusterka - **Turcy** są wszędzie”.






Niedziela

Niedziela zapewniła nam całkowicie słoneczny dzień. Mogliśmy wylegiwać się na basenie, pobiegać wzdłuż morza. Wtedy też wykorzystaliśmy nasz ostatni voucher na masaż. Był to dzień, w którym zastanawiałem się jakie jest stopniowanie określeń używanych na szyldach w Turcji. Co jest najlepsze? Luxury, Quality, Deluxe czy Premium?


Poniedziałek

Pobudka o 5 rano, żeby posłuchać zawodzeń muezina. Nie mogłem zasnąć, więc poszedłem pobiegać. Do 12.00 musieliśmy się wymeldować, pomimo iż autokar na lotnisko miał nas zabrać dopiero po 20.00. Wylot mieliśmy mieć o 2.10 we wtorek. Zjedliśmy kolację w stylu meksykańskim i pojechaliśmy do Antalyi. Na lotnisku byliśmy o 23.00 i znów zastaliśmy kolejkę do zdania bagażu na godzinę z hakiem. Usiedliśmy w kawiarni obok. Kupiłem puszkę coli, żeby nie było wstydu, że siedzimy “na sucho”. Zapłaciłem za 330ml coli 30 PLN. Oszaleli z tymi cenami tutaj.

Przez całą drogę na lotnisko towarzyszył nam obleśny, chrząkający na cały autokar typ. Powiedziałem Pauli, że na pewno będziemy obok niego siedzieć w samolocie. Nie pomyliłem się. Wszyscy dostaliśmy pierwszy rząd.

Po zdaniu bagażu okazało się, że pomimo iż mamy 1,5h do planowanego odlotu za pół godziny zamykają bramkę. Okazało się, że nasz samolot jest gotowy przed czasem i udało nam się wystartować dużo wcześniej. W sumie to dobrze, bo szybkie spojrzenie na strefę wolnocłową wybiło mi z głowy zakupy tam. Jameson IPA za 40 EUR? W Polsce kosztuje najwyżej 25 EUR.



Wtorek

W Katowicach kolejne zaskoczenie po lądowaniu. Bagaże wrzucono na dwie oddalone od siebie taśmy i trzeba było skakać między nimi. Sam wyładunek zajął obsłudze 30 minut, więc to co zaoszczędziliśmy na szybkim starcie straciliśmy w “bagażowni”. Szkoda, że Wrocław był akurat w remoncie i nie mogliśmy lecieć tak jak zawsze. Po 3 rano wsiedliśmy w auto i pojechaliśmy do domu. Droga nie była łatwa, a pod koniec bałem się, że zasnę. Na szczęście jeden z samochodów nagle zaczął zjeżdżać na mój pas i adrenalina mi na to nie pozwoliła. O 5 rano przywitaliśmy się w domu z Czesiem i Morfeuszem.

Ciekawostka do zapamiętania: w Turcji banki Ziraat i ING nie pobierają 8% prowizji przy wypłacie z bankomatu.


wtorek, 23 września 2025

Przedstawiam Paulę Mariolce, ekhem... Majorce

W tym roku po raz siódmy zawitałem na Majorce, tym jednak zamieniłem rower na... żonę 😉.

Środa 

Wylot mieliśmy o całkiem znośnej godzinie 11:00. Oczywiście zdążyłem zapomnieć, że do głównego bagażu nie wolno pakować akumulatorów, więc nadałem walizkę wypchaną powerbankami oraz bateriami do aparatu i GoPro. Przez cały lot miałem w głowie czarne scenariusze, czy to wszystko doleci, ale na szczęście dotarło w komplecie.

Lecieliśmy liniami Alba Star - to hiszpańskie linie czarterowe, które latają głównie z turystami na Majorkę i do kilku innych wakacyjnych destynacji. Na pokładzie czekał darmowy poczęstunek, ale nie wiedzieliśmy o tym wcześniej, więc oczywiście z oszczędności nic nie zamówiliśmy.

Na miejscu byliśmy wczesnym wieczorem. Mieliśmy jeszcze trochę czasu do hotelowej kolacji, więc złapaliśmy porcję chrupiących frytek i zrobiliśmy krótki spacer po okolicy. Naszą bazą był hotel BG Java, położony niedaleko Palma Aquarium i plaży Playa de Palma - bardzo turystycznej części wyspy, gdzie życie tętni od rana do późnej nocy. Hotel może nie ekskluzywny, ale o dobrym stosunku jakości do ceny.






Czwartek

Autobusem komunikacji miejskiej pojechaliśmy do centrum Palmy. Zwiedziliśmy słynną katedrę La Seu - potężną gotycką budowlę, która od strony morza wygląda, jakby wyrastała wprost z wody. W środku robi wrażenie ogromem, a ciekawostką jest to, że w jej modernizacji brał udział sam Antoni Gaudí. Po spacerze poszliśmy na kawę do mojej ulubionej kawiarni Rapha i zrobiliśmy krótki shopping w okolicy.

Na ten dzień mieliśmy rezerwację na pociąg do Sóller. Na peronie czekał już spory tłum, ale mieliśmy dobre miejsca. Sama podróż trwa około godziny - to zabytkowy pociąg z 1912 roku, drewniany i klimatyczny, choć prawdę mówiąc, widoki stają się ciekawe dopiero pod koniec, a całość potrafi się trochę dłużyć.

Na miejscu od razu wsiedliśmy w tramwaj do Port de Sóller. Ten tramwaj to atrakcja sama w sobie - otwarty, powolny, stukoczący przez gaje pomarańczowe. W porcie zrobiliśmy krótki spacer zakończony lodami, a potem ruszyliśmy z powrotem. Wysiedliśmy jednak w połowie drogi, żeby kupić rodzicom brakujące kafelki z numerem domu w znajomym sklepiku z ceramiką, który pamiętaliśmy z poprzedniej podróży. Obok odkryliśmy przy okazji restaurację Monument, gdzie Paula wreszcie dostała swoją wymarzoną paellę, i to w dodatku w towarzystwie wyjątkowo sympatycznej obsługi.

Jeszcze chwilę pospacerowaliśmy po Sóller - miasteczko znane jest z pięknego placu głównego, otoczonego modernistycznymi kamienicami i górami w tle. Niestety ja źle zapamiętałem godziny powrotu i spóźniliśmy się na pociąg. Na szczęście pani na stacji okazała się nadzwyczaj miłosierna i pozwoliła nam pojechać kolejnym składem, który teoretycznie był już całkowicie pełny.

Po powrocie do Palmy przeszliśmy się jeszcze na drinka do kawiarni Cappuccino San Miquel. Zawsze mnie ciekawiła swoim eleganckim wyglądem - i faktycznie warto było tam zajrzeć, choćby na chwilę.













Piątek

Rano poszliśmy do Palma Aquarium, które znajdowało się dosłownie obok naszego hotelu. Całość zrobiona jest naprawdę porządnie - ogromne akwaria, baseny z rekinami i meduzami, ale mam wrażenie, że to raczej atrakcja dla rodzin z dziećmi. W sumie nawet nasze wrocławskie Afrykarium robi większe wrażenie.

Potem przenieśliśmy się na plażę i trochę popływaliśmy - ja oczywiście z maską. Trafiliśmy na świetne miejsce przy plaży Can Pastilla, gdzie od tego dnia zaczęliśmy chodzić regularnie. Knajpka nazywa się Bon Vent (menu) - tam Paula spróbowała po raz pierwszy mojego ulubionego pa amb oli, czyli prostego, ale genialnego majorkańskiego chleba z oliwą, pomidorem i dodatkami. Do tego serwowali świetne drinki, zwłaszcza Pomadę - mieszankę ginu z Menorki i lemoniady, bardzo popularną na Balearach.

Sama plaża przy hotelu była super. Długa na kilka kilometrów, zawsze pełna wolnych miejsc, a do tego świetnie zorganizowana: co kilkaset metrów pawilony z prysznicem i toaletą, a obok bary z pysznymi drinkami. Codziennie rano widać było, jak specjalne maszyny wyrównują i czyszczą piasek - pełna plażowa logistyka.

Po plażowaniu pojechaliśmy znów do Palmy na krótkie zwiedzanie. Zobaczyliśmy Sa Llotja - dawną giełdę kupiecką z XV wieku, z pięknymi gotyckimi kolumnami, które wyglądają jak skręcone palmy. W średniowieczu to tutaj zawierano wielkie handlowe kontrakty, bo Palma była ważnym portem w basenie Morza Śródziemnego. Potem jeszcze trochę poszwendaliśmy się po okolicy Plaça Major, czyli głównego placu miasta, pełnego arkad, kawiarni i ulicznych artystów.














Sobota

Rano, kiedy Paula jeszcze spała, poszedłem zrobić krótką przebieżkę po okolicy. Strasznie się zmęczyłem, ale to chyba nie była wina mojej kondycji - nie mogło być aż tak źle. Po prostu powietrze na Majorce jest gęste i wilgotne, nawet wczesnym rankiem, co daje w kość przy każdym szybszym ruchu.

Całą sobotę spędziliśmy spokojnie w hotelu i okolicy. Wylegiwaliśmy się przy basenie, a potem poszliśmy na shopping w pasażu przy plaży. Lunch tradycyjnie w Bon Vent, które stało się naszą codzienną bazą.

Tego dnia po raz pierwszy odważyłem się spróbować majorkańskiego likieru Túnel de Mallorca. To lokalny trunek ziołowy, którego historia sięga XIX wieku - powstaje na bazie anyżu, kopru włoskiego i rozmarynu, a dla Majorki jest tym, czym ouzo dla Grecji czy pastis dla Francji. Smak anyżowy normalnie mnie odrzuca, ale tutaj okazał się całkiem przyjemny.

Likier występuje w trzech wersjach: słodkiej, półwytrawnej i wytrawnej. Ten ostatni ma bardzo intensywny smak i aromat, aż przypomina cukierki na gardło. Półwytrawny to chyba najlepszy kompromis - ziołowy, ale nieprzesadzony. Istnieje też edycja Palo Túnel, inspirowana tradycyjnym majorkańskim aperitifem Palo, bardziej przypominająca w smaku likier kawowy. Też świetna, zwłaszcza po obiedzie.



Niedziela

W niedzielę wybraliśmy się na wycieczkę fakultatywną do Alcúdii i na półwysep Formentor. Zdecydowaliśmy się na nią po tym, jak rezydentka poinformowała nas, że teraz wjazd samochodem na Formentor jest obecnie niemożliwy - można tylko rowerem albo autobusem. Potem miało się okazać, że chodzi o autobusy linii podmiejskiej, a nie nasz autokar, ale to się okazało już w trakcie wycieczki.

Pierwszym punktem była Alcúdia, czyli najstarsze miasto na Majorce, założone jeszcze przez Rzymian jako Pollentia. Do dziś widać tam fragmenty murów obronnych z czasów średniowiecza, wąskie uliczki i piękny plac główny. My trafiliśmy na dzień targowy - to jedna z największych atrakcji Alcúdii. Wokół średniowiecznych murów rozstawiają się setki stoisk: od chińskich ciuchów, przez lokalne wyroby skórzane z Incy, po stosy oliwek, serów, miodów i pieczywa. Kupiliśmy kilka kawałków owczego i koziego sera, trochę oliwek i najlepsze ze wszystkiego - suszone pomidory sauté, które smakują zupełnie inaczej niż te w oleju: słodko-kwaśne, intensywne, aż uzależniające.

Z Alcúdii pojechaliśmy do Port de Pollença. To spokojny kurort u stóp gór Serra de Tramuntana, który dawniej był tradycyjną wioską rybacką. Dziś przyciąga głównie rodziny i miłośników sportów wodnych. Wzdłuż zatoki ciągnie się tzw. Pine Walk - promenada obsadzona piniami, z której rozciągają się świetne widoki na zatokę. My jednak nie mieliśmy czasu na spacery, bo od razu ustawiliśmy się w kolejce na katamaran.

Katamaran zabrał nas na plażę Playa de Formentor. To jedno z najsłynniejszych kąpielisk Majorki - wąski pas jasnego piasku otoczony piniami, z turkusową wodą i górskim tłem. Sama plaża jest piękna i ma nawet kawałek rafy, więc w masce można coś zobaczyć pod wodą, ale niestety była wypełniona po brzegi turystami. Plan zakładał spędzenie tam prawie trzech godzin, co brzmiało dla nas zbyt długo.

Nasz autokar miał zabrać nas tylko na punkt widokowy Es Colomer, czyli początek półwyspu Formentor. A mnie najbardziej zależało na tym, żeby pokazać Pauli sam koniec - legendarny Cap de Formentor z latarnią morską. Udało mi się ją namówić na złapanie lokalnego autobusu linii TIB, który rusza spod plaży i w około pół godziny dociera na koniec półwyspu.

Cap de Formentor to miejsce, gdzie strome klify Serra de Tramuntana wpadają prosto do morza. Latarnia morska stoi tam od 1863 roku, ponad 200 metrów nad wodą, i uchodzi za jeden z symboli Majorki. Na miejscu, jak zwykle, spotkaliśmy też lokalne „maskotki” - kozy, które bez skrępowania kręcą się po parkingu i pozują turystom do zdjęć.

Po krótkim postoju wróciliśmy tym samym autobusem na plażę, a potem razem z grupą jeszcze na wspomniany punkt widokowy Es Colomer - taras zawieszony nad przepaścią, z którego można podziwiać początek półwyspu. Dopiero wieczorem wróciliśmy do hotelu, trochę zmęczeni, ale za to z poczuciem, że udało się zobaczyć kawałek „prawdziwego” Formentoru, a nie tylko wersję skróconą dla wycieczek.











Poniedziałek

Rano zmusiłem się do biegania. Masakra z tym powietrzem - gęste, wilgotne i ciężkie, nawet wczesnym rankiem daje w kość.

Potem pojechaliśmy autobusem do Palmy i wysiedliśmy na Plaça d’Espanya, czyli głównym placu komunikacyjnym miasta. To miejsce powstało w XIX wieku i dziś łączy w sobie funkcję dworca kolejowego oraz przystanku autobusowego TIB w podziemiach placu. Tego ostatniego nie mogliśmy zlokalizować i musiałem zapytać o to w kiosku, bo zapomniałem, że przystanek autobusowy jest właśnie pod placem.

Stanęliśmy w długiej kolejce do autobusu do Valldemossy, urokliwej górskiej miejscowości w sercu Serra de Tramuntana. Valldemossa słynie z malowniczych, brukowanych uliczek i kamiennych domów z kwiatami na balkonach, a spacerując po miasteczku widać ślady dawnej świetności - była to niegdyś rezydencja arystokracji i letnisko bogatych rodzin.

Zwiedziliśmy Pałac Królewski Królów Majorki (znany też jako Karta Palau del Rey Sanç), w którym obecnie mieści się klasztor kartuzów. To tutaj mieści się cela, w której przez rok mieszkali Chopin i George Sand podczas pobytu na wyspie. W tym czasie Chopin tworzył swoje słynne Preludia op. 28, a pobyt w Valldemossie miał mu pomóc w regeneracji zdrowia w górskim klimacie. Mieliśmy również możliwość wejścia na wieżę pałacu - zdecydowanie warto, bo rozpościera się stamtąd piękna panorama całego miasteczka i okolicznych gór. W cenę biletu był również wliczony krótki koncert muzyki Chopina wykonywany przez muzyka, którego trudno byłoby nazwać wirtuozem fortepianu. Dopełnieniem wizyty była ekspozycja prac Joana Miró, który czerpał z Valldemossy inspiracje do swoich dzieł.

Lunch zjedliśmy w pośpiechu, bo baliśmy się spóźnić na autobus powrotny. Trochę stresu i biegu, ale zdążyliśmy - a sam autobus i tak przyjechał spóźniony.

Po powrocie do Palmy ruszyliśmy do wypożyczalni samochodów, bo na trzy dni zarezerwowałem BMW Z4. Zawsze podobał mi się ten samochód, a od czasów kiedy miałem Mazdę MX-5 mam słabość do roadsterów. Specjalnie tego dnia zabrałem ze sobą portfel z dokumentami, ale okazało się, że nie mam przy sobie wymaganego prawa jazdy ani dowodu osobistego. Paula trochę się wstydziła za moje zapomnienie, ale na szczęście pracownik Sixt był bardzo wyrozumiały i zgodził się wypożyczyć samochód na podstawie skanu mojego dowodu, który trzymam w Google Drive. Z jakiegoś powodu nie wystarczył mu mObywatel ;).

Trochę ryzykując, bez dokumentów ruszyliśmy na krótką przejażdżkę do Sanktuarium w Randa, położonego na wzgórzu z panoramicznym widokiem na południową część wyspy. Sanktuarium jest jednym z ważniejszych miejsc pielgrzymkowych Majorki - zbudowane w XV wieku na skalistym wzgórzu, z którego widać zarówno pola uprawne, jak i okoliczne góry. To spokojne miejsce idealne na chwilę oddechu po miejskim zgiełku i górskich spacerach.











Wtorek

Cały dzień lał deszcz, więc idealnie, że wypożyczyliśmy kabriolet. W plan dnia wpletliśmy przede wszystkim zwiedzanie jaskiń.

Zaczęliśmy od słynnych Coves del Drach, położonych w miejscowości Porto Cristo na wschodnim wybrzeżu Majorki. Jaskinie te mają około 1,2 km długości i kryją jedno z największych podziemnych jezior Europy - Lago Martel. Pewnie przez pogodę musieliśmy przeciskać się przez tłum ludzi, ale dla mnie była to już druga wizyta. Koncert muzyki klasycznej w wielkiej komorze, z muzykami płynącymi łodziami po jeziorze, wciąż robił ogromne wrażenie. Niestety tłumy trochę psuły atmosferę.

Stamtąd pojechaliśmy do Coves d’Artà, które znajdują się kawałek od samej Arty na wschodnim wybrzeżu Majorki, w okolicach wioski Canyamel. Jaskinia ma imponujące rozmiary - jej sale sięgają do 25 metrów wysokości - i w przeciwieństwie do Drach, jest znacznie mniej zatłoczona. Widać tam ślady pochodni przemytników, którzy wykorzystywali jaskinię w przeszłości, dlatego niektóre fragmenty są lekko czarne od pyłu. Coves d’Artà są bogate w stalaktyty i stalagmity o fantazyjnych kształtach, a przewodnik pokazywał nam np. formacje przypominające flagi.

Na lunch pojechaliśmy do samej Arty, urokliwego miasteczka z zachowanym średniowiecznym układem uliczek, w którym czuć tradycyjny majorkański klimat. Zostaliśmy tam wspaniale ugoszczeni w restauracji Es Taronger. Zdecydowanie polecamy.

Na koniec dnia zostawiliśmy sobie Coves de Campanet, które dawniej często mijałem na rowerze. Są znacznie mniejsze, ale dzięki temu bardziej kameralne i spokojne. Jaskinia jest częściowo naturalna, częściowo zrekonstruowana i oświetlona, co pozwala dokładnie przyjrzeć się formacjom skalnym. Znajdują się tam też podziemne korytarze i niewielkie jeziora krasowe. Mało ludzi, możliwość zwiedzania we własnym tempie i tajemnicza atmosfera sprawiają, że z perspektywy czasu uważam je za najfajniejsze.












Środa

Wstaliśmy wcześnie i zrezygnowaliśmy ze śniadania, żeby zdążyć na pustą drogę do Sa Calobry. Ta słynna trasa w Serra de Tramuntana jest często nazywana „Drogą Węża” ze względu na swoje serpentyny - kręte zakręty, które wiją się wzdłuż stromych klifów. Pomimo że był to mój siódmy raz na Majorce, nazwę tę słyszałem po raz pierwszy. Drogę tę, podobnie jak tę na Cap de Formentor zaprojektował genialny inżynier Antonio Parietti.

Na miejscu byliśmy o 9:00 i udało nam się jechać praktycznie po pustej drodze. W porcie zrobiliśmy sobie piknik z zakupów z Alcudii i poszliśmy na spacer do ujścia Torrent de Pareis, jednego z najpiękniejszych kanionów Majorki. Torrent de Pareis to wąska, skalista rzeka wpadająca do morza, otoczona stromymi ścianami, popularna wśród miłośników pieszych wędrówek i wspinaczki.

Ruszyliśmy pod górę około 10:00 i już wtedy natknęliśmy się na dwa autokary - ruch w sezonie robi się tu naprawdę gęsty.

Następnie pojechaliśmy do miejscowości Lluc zwiedziliśmy słynne Sanktuarium w Lluc, najważniejsze miejsce pielgrzymkowe Majorki, założone w XIII wieku. Zwiedziliśmy bazylikę i weszliśmy na wzgórze, skąd rozciąga się panoramiczny widok na gaje oliwne i góry. Spacerowaliśmy też po małym ogrodzie botanicznym przy szkole, gdzie prezentowane są lokalne rośliny i drzewa charakterystyczne dla Majorki.

Stamtąd ruszyliśmy nad Gorg Blau, sztuczne jezioro i zbiornik wodnego w sercu Tramuntany, otoczony górskimi lasami. To popularne miejsce spacerów, fotografii i obserwacji przyrody - przy okazji znów udało nam się spotkać kozy żerujące na przekąskach turystów. Zrobiliśmy im trochę zdjęć i kontynuowaliśmy trasę w kierunku Fornalutx. To jedna z najpiękniejszych wiosek Majorki, wpisana w góry Tramuntana, ze stromymi brukowanymi uliczkami i kamiennymi domami z charakterystycznymi zielonymi okiennicami. Niestety tak popularna, że nie było gdzie się zatrzymać.

Zjechaliśmy na dół do Soller i ponownie zjedliśmy obiad w restauracji Monument. Zostaliśmy bardzo ciepło przyjęci, choć jedzenie nie było już tak pyszne jak wcześniejsza paella.

Po obiedzie kontynuowaliśmy trasę drogą MA-10, mijając Deię - artystyczną wioskę słynącą z malowniczych domów i licznych galerii - oraz małą miejscowość Andratx gdzie byłem kilka lat temu z rodzicami. Następnie wróciliśmy do hotelu, kończąc dzień pełen zakręconych dróg, górskich widoków i klimatycznych wiosek.
















Czwartek

W ostatni dzień z samochodem zabrałem Paulę do mojej ulubionej Pollency. To urokliwe miasteczko na północnym wybrzeżu Majorki słynie z wąskich, brukowanych uliczek, tradycyjnych kamiennych domów i licznych sklepików z rękodziełem - idealnie kontrastuje z chińskimi straganami na plaży Can Pastilla. Chciałem, żeby Paula zobaczyła, jak wygląda prawdziwe, lokalne rzemiosło.

Oczywiście nie mogliśmy odmówić sobie lunchu w moim ulubionym Q11. Wciąż królują tam przyjemna atmosfera i dobre jedzenie.

Po powrocie oddaliśmy samochód (będę tęsknił za tym Z4) i poszliśmy się odprężyć na plażę Can Pastilla. Trochę opalania, kąpieli w morzu i po prostu relaksu przed wieczornym powrotem do hotelu.








Piątek

Piątek był dla nas typowym dniem plażowym - wylegiwanie się na piasku, trochę kąpieli i opalania, żadnych większych wycieczek ani planów. Idealny odpoczynek po całym tygodniu zwiedzania i górskich tras. Na lunch zamówiliśmy w Bon Vent świetną przekąskę o nazwie Guitarra. Był to chlebek czosnkowy z zapiekanym serem i szynką długodojrzewającą.

Wieczorem poszliśmy na ostatni spacer po Palmie. Miasto o tej porze jest spokojniejsze, a brukowane uliczki starego miasta mają niesamowity klimat - można podziwiać wąskie zaułki, zabytkowe kamienice i kawiarnie, które wieczorem ożywają światłami i muzyką. Śmiesznie wyszło, bo w ciągu dnia wielokrotnie mijaliśmy tę samą parę z naszego hotelu i pewnie zaczęli podejrzewać, że ich… śledzimy.










Sobota

Sobota była kolejnym dniem typowo plażowym. Rano znów poszedłem pobiegać - powietrze nadal było ciężkie, ale przynajmniej poczułem się trochę aktywnie. Resztę dnia spędziliśmy przy plaży, odwiedzając po raz ostatni nasze ulubione miejsce Bon Vent.

Był to przyjemny, spokojny dzień, idealny na pożegnanie z wyspą przed powrotem do hotelu i pakowaniem się na niedzielny lot powrotny wczesnym rankiem.







Najwyraźniej moje wysiłki, żeby przedstawić Majorkę Pauli w jak najlepszym świetle były skuteczne. Z tego co mówi już chce tam wrócić. To najlepszy dowód na to, jak bardzo magiczne jest to miejsce.