W tym roku NIN jest w trasie, więc szukaliśmy sposobności, żeby ich zobaczyć, jak będą w Europie. Zdecydowaliśmy się na Wiedeń, bo kochamy to miasto, a termin koncertu wypadał w piątek.
W dzień wyjazdu (czwartek) miałem też dodatkowo buddy-route z kurierem z Auchan Polska, żeby poznać, z jakimi problemami mierzy się nasz partner. Jednak już około 14:00 udało nam się wyjechać z Wrocławia. Wybraliśmy trasę przez DK8, która była krótsza o 100 km (choć dłuższa o 20 min od A4) i przy tym mniej monotonna. Po drodze zanotowałem sobie, żeby odwiedzić okolice Červená Voda — bardzo malownicze i z dobrą infrastrukturą rowerową. Aby zaoszczędzić na cenie paliwa, zatankowaliśmy do pełna przed granicą z Austrią, w miejscowości Nová Ves. Stacja (Chemis) wyglądała na rozpadającą się, ale okazało się, że ma dobre paliwo i automatyczny dystrybutor. Bez większych przeszkód przed 20:00 byliśmy w Wiedniu. Samochód zostawiliśmy na tanim parkingu miejskim P+R Ottakring (4,40 EUR na dzień) i w kilka minut tramwajem dojechaliśmy do hotelu Hilton DoubleTree Schönbrunn, nieopodal słynnego letniego pałacu Habsburgów.
W hotelu przyjęła nas bardzo miła pani recepcjonistka, która w zamian za to, że zrezygnowaliśmy ze sprzątania pokoju podczas trzydniowego pobytu, poczęstowała nas ciastkiem powitalnym i dała bon na darmowy drink w barze. Hotel jest ładny zarówno na zewnątrz, jak i wewnątrz, położony w zielonej, bardzo przyjemnej okolicy. Pokój jest wygodny, czysty i zadbany, a w aplikacji mobilnej Hiltona można zarejestrować klucz do pokoju, więc nie trzeba się martwić, że karta zaginie lub się rozmagnesuje. Przy recepcji znajduje się też praktyczny mini-sklepik samoobsługowy - świetny pomysł! Nasze pozytywne wrażenia z hotelu popsuło dopiero śniadanie, które zupełnie nie przystaje do standardu tej sieciówki. Puro zawiesza poprzeczkę dużo wyżej. Dostaliśmy wyschnięte pankejki, jajecznicę z proszku i kiełbaski bez smaku; nawet ogórki, wafelki i porcje masła były na granicy świeżości.
Następnego dnia rozpocząłem tradycyjne bieganie po parku Schönbrunn, a po śniadaniu wybraliśmy się do tamtejszego zoo. Jest piękne i człowiek czuje się bliżej zwierząt niż we wrocławskim zoo - można wejść w interakcję z niektórymi z nich. Paula wręcz zniknęła na jakiś czas, przytulając kozy w petting zoo. Podziwialiśmy małe gryzonie przez wizjer wybudowany wewnątrz ich wybiegu. Zoo jest zadbane i czyste, jak niemal wszystko w Austrii. Na zwiedzanie całości warto przeznaczyć około trzech godzin, łącznie z krótkim postojem na lody lub napoje.
Po spacerze ruszyliśmy w stronę centrum — mieliśmy rezerwację na 14:30 w restauracji Figlmüller Bäckerstraße. Trudno mi ją jednak polecić. Jedzenie jest smaczne, ale natłok turystów i ciasnota sali wymuszają bardzo szybkie tempo jedzenia. Ogólne doświadczenie oceniam na 6/10.
Na deser i kawę, po krótkim spacerze, wybraliśmy się do palmiarni niedaleko Opery. Paula znalazła tę rekomendację w Internecie i na zdjęciach wyglądało to fantastycznie, ale w rzeczywistości przypominała ona stołówkę bez pomysłu na aranżację i wykorzystanie potencjału miejsca.
Wróciliśmy do hotelu, żeby przygotować się do koncertu w Wiener Stadthalle, który rozpoczynał się o 19:30. Po wyjściu okazało się, że nie mogę zalogować się do aplikacji mobilnej z biletem. Paula miała podobny problem w wersji webowej, ale ponieważ do samej aplikacji zalogowała się wcześniej, miała bilet dostępny. Wysłałem zgłoszenie do Ticketmastera, ale odpisali dopiero trzy dni później, sugerując że to raczej mój problem. Opadają ręce. Na szczęście tuż przed koncertem strona logowania zaczęła działać i mogliśmy wejść.
Koncert rozpoczęliśmy od precla i napojów (w moim przypadku) Almdudlera - kultowej austriackiej lemoniady ziołowej z mieszanki 32 alpejskich ziół. Ponoć bywa nawet nazywana "narodowym napojem Austrii". Jako support grał Boys Noize, ale muzyka nie przypadła publiczności do gustu. Wszyscy czekali na gwiazdę wieczoru. Po godzinie słuchania supportu koncert właściwy zaczął się od Trenta grającego na keyboardzie „Right Where It Belongs” na małej scenie na środku płyty. Później kolejno dołączałli Alessandro Cortini, Atticus Ross i wreszcie Robin Finck a tempo tylko rosło. Po „Piggy (Nothing Can Stop Me Now)” na głównej scenie pojawił się Ilan Rubin wymiatając na perkusji. Potem pozostali muzycy dołączyli do niego i zagrali „Wish”. W trakcie „March Of The Pigs” ktoś rzucił balon ze Świnką Peppą, która krążyła po widowni! Po kilku utworach Trent i Atticus wrócili na małą scenę gdzie dołączył do nich Boys Noize i zagrali na początek świetne wykonanie „Vessel”. Na finał wrócili na scenę główną, gdzie zabrzmiały „Closer”, „Head Like a Hole”, „The Perfect Drug” i ku pamięci Davida Bowie „I’m Afraid of Americans”. Koncert zakończył się „Hurt” — jak zwykle bez bisów. Fajne przeżycie, ale po ostatnim koncercie Ghosta mamy bardzo wysokie standardy.
Po koncercie poszliśmy na przystanek tramwajowy. Czekając, przyglądaliśmy się, jak ludzie wbiegają pod ruszający tramwaj, żeby wymusić otwarcie drzwi — ryzykując życie. Dziwne mają tu zwyczaje.
W sobotę po śniadaniu ruszyliśmy metrem do Kunsthistorisches Museum. Jest imponujące, wypełnione dziełami z Egiptu, Grecji, imperium rzymskiego, okresu Habsburgów, obrazami malarzy klasycznych, takich jak Pieter Bruegel. Sam budynek też jest niezwykły i ma piękną kawiarnię.
Po zwiedzaniu muzeum zaszliśmy pod ratusz. Plac przygotowany był pod festiwal filmowy, a na elewacji ratusza zamontowano ogromny ekran. Było tam kilka food trucków, w tym jeden od Demela, gdzie zjedliśmy oryginalne kaiserschmarrn. Nie wiem, czy to był najlepszy pomysł tuż przed obiadem, ale były pyszne i warte tego.
Obiad jedliśmy w naszym ulubionym Lugecku - o niebo lepszym niż Figlmüller pod względem jakości jedzenia, ceny, klimatu i obsługi. Po krótkim spacerze po obiedzie na deser zjedliśmy tort Sachera i café melange w kawiarni Havelka. Był nawet ten sam kelner co zawsze, ale tym razem był… miły - tradycja złamana.
Po deserze wpadłem na pomysł, żeby zabrać Paulę na Donauinsel i do Donaustadt. Latem jest tam pięknie: ludzie kąpią się w Dunaju, są knajpki, a nawet automaty z darmowym kremem SPF 40 od La Roche-Posay! Z Donauinsel przeszliśmy kładką na Donaustadt, a potem pojechaliśmy metrem na Prater.
Prater niewiele zmienił się od mojej ostatniej wizyty w 2016 r. Kolejka "Boomerang" z której korzystałem wtedy (i żałowałem) dalej stoi tam gdzie stała. Obejrzeliśmy pasywnie kilka przerażających atrakcji i ostatecznie zaryzykowaliśmy przejażdżkę najwyższą na świecie karuzelą (117 m) - ciekawe, choć niekoniecznie przyjemne doświadczenie. Weszliśmy też do pałacu strachów, który wywołał raczej histeryczny śmiech niż przerażenie. Na kolację tradycyjnie zjadłem wursta z budki.
W dniu powrotu zdążyliśmy jeszcze odwiedzić muzeum sztuki współczesnej MUMOK i zjeść ostatnie kaiserschmarrn z Demela. Naleśniki polecam, muzeum - niekoniecznie. Potwierdziło tylko moją opinię o sztuce nowoczesnej, gdy zobaczyłem w nim telewizor CRT wyświetlający nagranie pośladków jakiegoś nieatrakcyjnego jegomościa zarejestrowane przez Yoko Ono w latach 70.
Wiedeń jak zwykle nas nie zawiódł i już podczas pięcio i półgodzinnej podróży do Wrocławia zaczęliśmy za nim tęsknić.