czwartek, 19 czerwca 2025

Morski Dom Kultury – Edycja 2025: Bałtycka Przygoda Victorii One

Kolejny rok, kolejne żeglarskie wspomnienia! Tegoroczna edycja "Morskiego Domu Kultury" zakończyła się, jak to bywa w żeglarstwie, nieco wcześniej niż planowano – silny wiatr popchnął nas do przodu, dzięki czemu wróciliśmy do Kołobrzegu dzień przed terminem. Rejs rozpoczął się 7 czerwca, a pierwotny plan zakładał powrót 14 czerwca, ale już 13 czerwca byliśmy z powrotem w macierzystym porcie.

Załoga i Jacht

Jak co roku, sternikiem naszej wyprawy był niezawodny Wojtek. Trzon załogi stanowił też Michał, z którym zdążyłem pracować już w dwóch firmach, w tym obecnej. Dołączył do nas również Paweł, mój kolega z zespołu w pracy, oraz Damian z mojego dawnego zespołu. Nie zabrakło też stałych bywalców: Tymona, syna kapitana, oraz Michała vel. Krawca, znajomego z pracy, z którym już kilkukrotnie miałem okazję pływać. Skład uzupełnili: Adam, chrześniak kapitana, dla którego był to debiut na żaglach, a także Daniel i Tomek – koledzy Wojtka, przy czym Tomek również debiutował na pokładzie.

Tym razem wybrałem się na rejs własnym samochodem. Razem z Pawłem i Damianem, czyli moją wachtą, wyruszyliśmy w sobotę rano do Kołobrzegu. Pływaliśmy na jachcie Hanse 455, nazwanym Victoria One. To potężna jednostka o długości 14,04 m i szerokości 4,38 m, choć jej wyposażenie, najwyraźniej dedykowane na wody Morza Śródziemnego, okazało się na Bałtyku nieco problematyczne. Jednak jeden element, czyli daszek nad kokpitem, który na południu chroni od słońca, u nas świetnie sprawdził się jako parasol w deszczowej pogodzie.

Wylosowano mi koję dziobową, którą dzieliłem z Krawcem. Każda koja ma swoje wady i zalety, a ta akurat jest bardzo wąska i najbardziej podskakuje na falach. Na szczęście, jak się okazało, mam "twardy żołądek" i choroba morska mnie nie dopadła.

Sobota, 7 czerwca

Po dotarciu do Kołobrzegu i zakończeniu szkolenia z bezpieczeństwa, od razu poszedłem spać – czekała mnie wachta od północy do 3 rano w niedzielę.

Przed wyruszeniem w morze, wreszcie miałem okazję spokojnie pobiegać. Ostatnio kolano nie pozwalało mi na swobodne treningi. Początkowo lało i obawiałem się przeziębienia, ale deszcz na chwilę ustał. Wykorzystałem ten moment na małą krajoznawczą wycieczkę po Kołobrzegu. Znowu utwierdziłem się w przekonaniu, że nie przepadam za turystycznymi miejscowościami nad polskim morzem.



Niedziela, 8 czerwca: Pierwsza Wachta

Moja wachta nocna okazała się dość męcząca. Wiatr wiał od rufy, co wymagało skupienia na utrzymaniu żagli "na motyla" i jednocześnie trzymaniu kursu. To szczególnie trudne w nocy przy zachmurzonym niebie, gdy brakuje punktów odniesienia i trzeba polegać wyłącznie na kompasie. Do tego busola w Hansie 455 jest umieszczona w tak niewygodnym miejscu, że odczytywanie jej jest prawdziwym wyzwaniem. Jakimś trafem, podczas naszych wacht zawsze wypadał nam kurs kolizyjny z jakąś większą jednostką, co skutkowało koniecznością omijania ich. Takie szczęście!



Poniedziałek, 9 czerwca: Karlskrona

W poniedziałek rano wpłynęliśmy do Karlskrony. Infrastruktura portowa w Szwecji to zupełnie inna bajka niż w Polsce. W przeciwieństwie do Kołobrzegu, gdzie za 4-minutowy prysznic trzeba dopłacać 10 zł (co przy 10-osobowej załodze daje 100 zł!), postój w Karlskronie kosztuje około 120 zł i w tej cenie masz nielimitowany dostęp do pryszniców, a nawet saunę! Tutaj również poszedłem pobiegać, a Krawiec dołączył do mnie. Ma znacznie lepszą kondycję i przebiegł dwukrotnie dłuższy dystans. Karlskrona jest dość pagórkowata, więc można świetnie poćwiczyć podbiegi. Po bieganiu i kolejnym prysznicu, ruszyliśmy zwiedzać Muzeum Marynarki, gdzie mieliśmy okazję podziwiać między innymi dwie łodzie podwodne. Wspaniałe miejsce, zdecydowanie warte biletu za około 70 zł.

Następnie, jak to już u nas bywa, przyszedł czas na lody! Próbowałem przetłumaczyć menu z włoskich lodów na szwedzki, a Google zaserwował mi "skrącie" po polsku. Brzmi okropnie! Odwiedziliśmy też supermarket ICA, który jest naszym klientem. Około 20:00 opuściliśmy port i obraliśmy kurs na Kalmar. To port, którego dotychczas pogoda nie pozwalała nam odwiedzić. W ciągu ostatnich lat mieliśmy dwie lub trzy próby, ale wiatr nie był łaskawy. Raz nawet musieliśmy zawrócić, gdy port był już w zasięgu wzroku.











Wtorek, 10 czerwca: Kalmar

We wtorek o 9:00 rano zacumowaliśmy w Kalmarze. Prognozy zapowiadały deszcz przez cały dzień, ale to nie przeszkodziło nam w zwiedzaniu tego pięknego miasteczka ze wspaniałą twierdzą. Karlskrona jest ładna, jej port też na pewno ładniejszy, ale Kalmar jako miasto bardziej przypadł mi do gustu. Natura pięknie przeplata się z miejskim krajobrazem, wszędzie spacerują zwierzaki, jest kilka jeziorek – ogólnie pięknie i zielono. Oczywiście i tu nie obeszło się bez lodów, choć tym razem nie włoskich.









Środa, 11 czerwca: Grönhögen

W środę rano wstałem o 6:00, żeby zrobić przebieżkę po okolicy, ponieważ z samego rana mieliśmy wypływać. Tego dnia wiatr wiał tak, że nasz kurs był bajdewindowy. Mocno nas przechylało, do tego stopnia, że kubki wypadły nam z szafki i wszystkie się potłukły, z wyjątkiem czterech. Żeby spokojnie zjeść obiad, musieliśmy zatrzymać się w pobliskim porcie na Olandii o nazwie Grönhögen. To było pierwsze miejsce, gdzie mogłem polatać dronem, choć wiatr skutecznie starał się mi to uniemożliwić. Tutaj lody musieliśmy kupić w sklepie, ale i tak nie mogło się bez nich obejść. Bosman portu przyjechał pięknym Chevroletem Caprice Classic i zrobiliśmy mu prawdziwą sesję zdjęciową.













Czwartek, 12 czerwca: Christiansø i Bornholm

W czwartek wypadła nam psia wachta – od 3:00 do 6:00 rano. Ciężko na nią wstać, zachować trzeźwość umysłu, a zaraz po świcie trzeba iść spać. Na szczęście w nocy morze trochę się uspokoiło. O 8:00 rano wpłynęliśmy do portu na duńskiej wyspie Christiansø. Podobno kiedyś było tu więzienie. To maleńka wyspa, którą można obejść dookoła w zaledwie 30 minut. Mieszkają tu ludzie, jest kościół, szkoła, boisko, dwie knajpki i rezerwat ptaków. Obeszliśmy wyspę i ruszyliśmy dalej na Bornholm. Pierwotnie mieliśmy płynąć do Allinge, jednak z bliska, przez lornetkę, zauważyliśmy, że port jest pełen ludzi. Podpłynęła do nas policja na pontonie i oznajmiła, że jest jakiś festiwal i port jest zamknięty. Popłynęliśmy więc do pobliskiego Gudhjem (co nie oznacza „dobrze jem”, a „dom boży”). Mieliśmy piękną, słoneczną pogodę. W Gudhjem są wspaniałe włoskie lody z posypką z kakao i cukru. Zjadłem tam w sumie trzy takie lody. No, dwa i pół, bo jednego w trakcie porwała mi mewa (sic!). Tutaj też poszedłem pobiegać, tyle że trafił mi się bardziej trail run po skałach i piasku. Widoki na szczęście wynagrodziły trud. Tutaj również mapa pokazywała, że można latać dronem. Zrobiliśmy z Michałem krótkie, 10-minutowe przeloty, a za chwilę jakiś dżentelmen zaczął do nas krzyczeć, że tu jest zakaz. Chyba po prostu przeszkadzało mu, że to robimy, bo sprawdzaliśmy duńskie prawo i mapy, które pokazywały, że możemy latać. W naszej ulubionej lodziarni chciałem kupić Pauli torebkę migdałów w słodkiej polewie i zapomniałem za nią zapłacić, będąc zaaferowanym trzecią porcją lodów tego dnia. Zaraz po tym zamknięto ten sklepik i obawiałem się, że nie będę mógł oddać tych pieniędzy, ponieważ rano o 6:00 mieliśmy już płynąć do Kołobrzegu. Na szczęście Michał zauważył, że wciąż kręcą się tam ludzie i mogłem oddać te pieniądze. Bardzo za to dziękowali, a ja bardzo przepraszałem. Chłopaki śmiali się ze mnie, że nagłówki gazet kolejnego dnia będą głosiły "Manager IT aresztowany na Bornholmie za kradzież torebki migdałów". Aha, obiad zjedliśmy w lokalnej knajpce rybnej. Nie był tani, nie był wielki, a zamówione smażone śledzie były potwornie słone. Rozmiar obiadu był jednak odpowiedni, żeby pomieścić wspomniane wcześniej trzy porcje lodów.



















Piątek, 13 czerwca: Powrót do Domu

W piątek o 6:00 rano wypłynęliśmy w stronę portu macierzystego. Na początku była potworna flauta, co pozwoliło Michałowi odpalić drona i zrobić przelot wokół łodzi na morzu. Było to ryzykowne, ale na szczęście nic się nie stało. Jak się miało okazać, tego dnia na Bałtyku trwały manewry NATO i wielu ludziom drony zaczęły wariować przez zakłócenia GPS. Wiatr w ciągu dnia rozhulał się na tyle, że w 12 godzin byliśmy z powrotem w Kołobrzegu. Do 20:00 ogarnęliśmy się z pakowaniem i mogliśmy przez noc wrócić do Wrocławia. W domu byłem około 1:00 w nocy, gdzie przywitał mnie stęskniony Czesiu.