niedziela, 27 lipca 2025

Alpy z Kotletami 2025

W tym roku tradycyjny wyjazd w Alpy organizowany przez Mariusza skupiał się na Alpach Julijskich w Słowenii. Dołączył do nas Brzoza wraz ze swoim kamperem, a ponieważ ja nie miałem innej opcji transportu poza swoim samochodem, to zgodził się zabrać mnie ze sobą. To miało zauważalnie zmienić charakter mojego wyjazdu, ale nie wiedziałem tego jeszcze na etapie wczesnych ustaleń. Jakieś dwa tygodnie przed wyjazdem zadzwonił do mnie i mówi: „Obiecałem cię zabrać ze sobą, ale nastąpiła pewna zmiana planów – otóż ja nie będę jechał we wtorek, tylko celuję w plan maksimum. Planuję wyjechać już w piątek i jeździć cały weekend na miejscu. Piszesz się na to?”. Po dyskusji z Paulą, szefem i organizacji paru innych spraw uznałem, że kolejnej takiej szansy nie będzie. Zadzwoniłem do Brzozy i mówię: „Robimy to!”. Sprawę dodatkowo komplikował fakt, że byłem w środku etapu eliminacyjnego diety low FODMAP, która jest dość uciążliwa w podróży. Największe kłopoty powodują chyba dwa fakty: żadnego czosnku i żadnego glutenu. To skutecznie eliminuje możliwość jedzenia w restauracjach, wszelkie gotowe batony sportowe oraz, co najgorsze, uzupełnianie kalorii po drodze na przełęczach. Kamper, dzięki swojej kuchence gazowej i wbudowanej lodówce, był więc dla mnie zbawieniem. Gościnność Brzozy okazała się tym większa, że przyjechał po mnie do Wrocławia, a na koniec wycieczki odwiózł pod dom. Ale wróćmy do początku.

Wyjechaliśmy po południu w piątek z Wrocławia, żeby zrobić sobie międzylądowanie na kempingu na obrzeżach mojego kochanego Wiednia. Kemping generalnie był w porządku, ale nawet tutaj Austriacy „doją” popularność Habsburgów, a płeć ubikacji została oznaczona portretami Franciszka Józefa i cesarzowej Sisi na odpowiednich drzwiach (sic!). 



Po myciu zębów u Franciszka ruszyliśmy na południe, bez konkretnego celu. Piękno poruszania się kamperem leży w fakcie, iż można wybrać sobie miejsce lądowania w zależności od własnego widzimisię, a w naszym wypadku pogody. Znaleźliśmy kawał czystego nieba w Karyntii i zatrzymaliśmy się na parkingu Lidla w miejscowości Kuehnsdorf. Komoot zaproponował nam na początek trasę 90 km przez Bad Eisenkappel i Zell-Homölisch (Strava). Nie była to najpiękniejsza trasa wyjazdu, ale i tak biła na głowę setną przejażdżkę do Kątów Wrocławskich i z powrotem. Brak tłumów, piękna, czysta przyroda i sielski klimat pomógł nam rozpocząć urlop w Alpach.






Kamper Łukasza (Globe Traveller) był wyposażony w pełni funkcjonalną łazienkę, więc po szybkim prysznicu i zerknięciu na Windy okazało się, że całe południe Austrii kolejnego dnia spowiją chmury deszczowe, a nawet burzowe. Uznaliśmy, że musimy przesunąć się na północ. Po drodze do Salzburga zmieniliśmy lekko plan i zaryzykowaliśmy nocleg u stóp Grossglocknera. Apelowałem do Brzozy, żeby na miejsce postoju wybrać miejscowość o czaderskiej nazwie Piesendorf 🐶, ale słusznie wybrał Fusch an der Großglocknerstraße, która była bliżej przełęczy. Nasz plan był prosty. Jeśli rano miałby nas przywitać deszcz, to ruszymy dalej na północ w stronę Salzburga; jeśli jednak pogoda okazałaby się łaskawa – zaatakowalibyśmy ikoniczną Grossglockner Hochalpenstrasse.
Mieliśmy szczęście (nasze nogi nie) i po śniadaniu zaczęliśmy ponad 20-kilometrową wspinaczkę (Strava). Po drodze minęliśmy bardzo dużo dziewczyn na rowerach szosowych, w tym jedną 60-letnią kobietę. Wzbudziła we mnie ogromny szacunek, bo ja umierałem na tym podjeździe. Na górze widoki wynagrodziły cały nasz trud. Było wspaniale, zobaczcie niżej.







Ponieważ Grossglockner to nie przełęcz, a szczyt, każdy z nas przypadkiem wybrał inny punkt docelowy. Brzoza ma dużo lepszą kondycję ode mnie i po dotarciu na szczyt ruszył w stronę przełęczy Hochtor, z której jest dobry widok na szczyt Grossglocknera, a ja w tym czasie podjechałem szczyt o nazwie Edelweißspitze. Nie polecam. Widoki może i ładne, ale tak podjazd, jak i zjazd są mega nieprzyjemne, bo jedzie się jakieś 2 km po drobnej i nierównej kostce brukowej.
Co ciekawe, pomimo iż się rozdzieliliśmy, to przy zjeździe spotkaliśmy się na skrzyżowaniu. Ja nie miałem już siły atakować Hochtora, a i obawiałem się, że złapie mnie burza. Zjechaliśmy więc razem do kampera. Dosłownie godzinę później zaczęła się ulewa. To się nazywa szczęście.

Szybkie ogarnięcie prysznica, obiadu i znów ruszamy w drogę. Pogoda pokierowała nas ponownie do Karyntii, tym razem nad jezioro Wörthersee. Mieliśmy tam spędzić nocleg z niedzieli na poniedziałek, a w poniedziałek usiąść do zdalnej pracy. Niestety nasz kemping nie pozwalał na dobre połączenie internetowe, a pogoda zachęcała do jazdy. Odebrałem kilka nadgodzin w ciągu dnia, zabrałem tablet do plecaka i ruszyliśmy na objazd okolic Wörthersee (Strava). W miejscowości Velden am Wörther See zatrzymaliśmy się na kawę, a ja mogłem tam spędzić 2h na spotkaniach konferencyjnych. W trakcie jednego z nich, w parku, w którym siedziałem, powstało tymczasowe lądowisko dla helikoptera ratunkowego. Wjechał tam radiowóz na sygnale i para policjantów wygoniła wszystkich z okolicy i wskazała pilotowi bezpieczne miejsce do lądowania. Osobliwe doświadczenie.








Następnego dnia miałem mieć więcej spotkań, więc przenieśliśmy się na kemping z lepszym Internetem. Też nad Wörthersee, tylko w Klagenfurcie. Uznaliśmy, że okolica ma potencjał, a my go jeszcze nie wykorzystaliśmy. Nie udało nam się jeszcze np zobaczyć tysiącletniej, napoleońskiej lipy! Po pracy we wtorek ruszyliśmy na kolejną pętlę, tym razem zahaczającą o Ossiachersee – pobliskie jezioro, trochę mniejsze od Wörthersee, ale równie malownicze (Strava). Pogoda płatała nam figle i o ile prognoza obiecywała czyste niebo, rzeczywistość sugerowała, że po drodze złapie nas burza. Wycisnęliśmy wszystko, co się dało z naszych nóg i znów godzinę przed rozpoczęciem ulewy dotarliśmy do naszego kempingu. Obiad, prysznic, pranie i ustalamy dalszy kierunek. 







W środę mieliśmy się już spotkać z oryginalną ekipą Kotletów. Znów deszcz podyktował nam lokalizację i los padł na Passo Stalle we Włoszech (Strava). Jest tam po prostu pięknie! Podjeżdżaliśmy od włoskiej strony, mijając po drodze ośrodek sportów zimowych, gdzie w warunkach letnich odbywał się trening biatlonu (tak, to ten sport ze strzelaniem).
Na przełęcz wiedzie wąska dróżka, co ma swoje wady i zalety. Ruch jest regulowany przez zegar. O konkretnych godzinach można ruszyć w dół i w górę przełęczy. Musieliśmy być punktualni, ale wspaniale jechało się po pustej drodze w dół.













Po zaliczeniu Passo Stalle pojechaliśmy samochodami w stronę naszej bazy wypadowej w Słowenii w miejscowości Podkoren. Ja skorzystałem z faktu, że chwilę jechaliśmy w korku i przygotowałem sobie w trakcie jazdy makaron bezglutenowy z wołowiną low FODMAP. Wygoda jazdy kamperem wciąż mnie zaskakiwała.

Hotel, w którym nocowaliśmy w słoweńskim Podkorenie, nazywał się Pr’Gavedarjo i jego budynek okazał się być zabytkiem. Konsekwencją tego faktu dla nas była „szafa łazienkowa” w pokoju. Ponieważ właścicielka nie mogła wpływać na konstrukcję pokojów, to żeby zapewnić gościom dostęp do toalety i prysznica, wstawiła do każdego pokoju coś na kształt szafy z przesuwnymi, przezroczystymi (sic!) drzwiami i kotarką. Człowiek w takiej łazience czuje się, jakby załatwiał swoje potrzeby fizjologiczne na scenie.


Czwartek miał być dniem wycisku (Strava) – skreśliliśmy z naszych list przełęcze Vršič, przejażdżkę doliną rzeki Soča oraz podjazd pod Mangart. Ten ostatni szczególnie zrobił na nas wrażenie. Okolica jest przepiękna. Sami zobaczcie.













Piątek z kolei miał być naszym dniem regeneracji – żadnych przełęczy, tylko dwa jeziora: Bled i Bohinjskie. To nie przeszkodziło nam zrobić tego dnia 145 km (Strava).










W sobotę Mariusz ułożył nam trasę na najbardziej szaloną przełęcz w okolicy – Wurzenpass, z początkiem zaraz przy naszym hotelu (Strava). Jest tam odcinek prostej z nachyleniem ok. 20%, gdzie biliśmy rekordy prędkości. Strava zaraportowała u mnie ponad 100 km/h, ale to najprawdopodobniej błąd czujnika. Moje tempo było pewnie bliższe 80 km/h. Oczywiście nasz demon prędkości – Paweł, jak tylko usłyszał, że moja prędkość maksymalna mogła być wyższa od jego, zaczął weryfikować prawdziwość tego twierdzenia na filmie z kamerki zamontowanej pod jego kierownicą. Nie dziwię się – brzmiało to nieprawdopodobnie. Po przejechaniu na stronę austriacką, przejażdżce przez tamtejsze (dziurawe) wiejskie drogi i ścieżki rowerowe dotarliśmy do stóp Nassfeldpass, gdzie po 11 km podjeździe przekroczyliśmy granicę z Włochami. Jako bonus dodaliśmy sobie jeszcze wizytę nad małym jeziorkiem nieopodal przejścia granicznego. Droga powrotna była długa i męcząca, ale na szczęście po w miarę dobrze utrzymanej ścieżce rowerowej wytyczonej po dawnej linii kolejki wiodącej przez włoskie Trevisio do naszego Podkorena. Na chwilę odbiliśmy jeszcze w stronę Planicy, gdzie na tamtejszej skoczni mamuciej odbywają się zimą zawody skoków narciarskich.













Wieczorem chłopaki klasycznie pojechali do pobliskiej Kranjskiej Gory, żeby najeść się mięsiwa, a ja znów gotowałem swój smutny makaron bezglutenowy. Na poprawę humoru chadzałem co wieczór do pobliskiej knajpki, gdzie kelner już mnie rozpoznawał. „Chivas?” – spytał na powitanie. Pokiwałem głową. Obok mnie przy stoliku zebrała się pokaźna grupka jakichś niemieckojęzycznych gości, którzy dobrze się bawili. Pijąc whisky, segregowałem zdjęcia i filmy z tego dnia. Kiedy zakończyłem obie te czynności, naszła mnie jeszcze ochota na piwo (ponoć dozwolone w tej diecie, uff!). Kelner nie pojawiał się dłuższą chwilę, więc wziąłem sprawy w swoje ręce i poszedłem do niego do baru. Spojrzałem na niego i zauważyłem, że (dosłownie!) w pocie czoła próbuje ogarnąć zamówienie grupy niemieckojęzycznej (nie wiem, czy to byli Niemcy, czy Austriacy). „Ojej, skoro musiałeś podejść do baru, to piwo dla ciebie jest za darmo!” – wykrztusił z siebie kelner. Próbowałem go przekonać, że to nic wielkiego i nie mam mu za złe, że musiałem czekać, bo widzę, że jest sam i ma wielu klientów. „Skąd jesteś?” – spytał. Odpowiedziałem, że z Polski. „Tak myślałem. Polacy, Słoweńcy, Czesi, Słowacy to wszystko rozsądni ludzie. Wiecie, że czasem trzeba poczekać na zamówienie. Nie wszyscy ludzie są tacy rozsądni”.

Ostatni dzień poświęciliśmy na podjazd do stóp Triglava (Strava). Niby jedyne 50 km, ale ten podjazd to rzeźnia. Bardziej przypomina schody z kilkoma odcinkami o nachyleniu 20-25% i pozostałymi właściwie po płaskim. Na końcu czekało na nas urokliwe schronisko z kawiarenką i piękne widoki na ścianę Triglava.





Ostatnim sprintem całego wyjazdu była podróż kamperem do Wrocławia. Łukasz docisnął gaz i o 1 w nocy byłem już w domu. Jego czekała jeszcze podróż do Krakowa.

Przez cały wyjazd mieliśmy ze sobą tony sprzętu audio-video (2 drony, kilka kamer, aparaty, telefony). Okazało się to być strzałem w dziesiątkę, bo pozwoliło mi zmontować film dostępny pod tym linkiem.

To był chyba najbardziej epicki wyjazd rowerowy na jakim byłem. Dzięki Łukasz i Mariusz za zorganizowanie tego!